
Janek już w wieku 18 lat odbył kurs na kategorię A oraz B w szkole jazdy z Poznania, gdyż od dzieciństwa marzył o przejeździe samochodem legendarną Route 66 przez USA. Pasjonowała go amerykańska motoryzacja oparta o wielkie auta z silnikami o ogromnych pojemnościach. Uwielbiał pojazdy kolosy, więc mając 20 lat poszerzył swoje prawko o kategorię C, C+E, a rok później także o D.
I tak pracując w jednym z poznańskich serwisów samochodowych, odkładał część swojej wypłaty na wymarzoną podróż za ocean. Tymczasem po godzinach przez dobre pięć lat szlifował angielski, aby poradzić sobie w czasie upragnionej wyprawy. W końcu będąc 24-latkiem, był już gotowy na podbój Dzikiego Zachodu…

Od czasu do czasu publikujemy historie z życia wzięte, aby ostrzec naszych kursantów szkoły jazdy z Poznania. Tak będzie i dzisiaj. Otóż Jacek pracował na etacie w dużej firmie transportowej na terenie Wielkopolski. Już na studiach inżynierskich na Politechnice Poznańskiej (kierunek transport, a specjalność logistyka transportu) uzyskał Certyfikat Kompetencji Zawodowych (CKZ) w zakresie przewozu rzeczy.
Zaraz po studiach znalazł świetnie płatną pracę w dużej firmie transportowej na stanowisku menadżera transportu. Zarządzał flotą liczącą blisko 200 pojazdów. Z racji tego, że jako jedyny w firmie posiadał CKZ, był bardzo cenionym pracownikiem i szybko awansował. Gdy już się wydawało, że ma stabilną ścieżkę kariery, stało się coś, co zachwiało tą pewnością.

Wydarzyło się to 4 września 2026 roku, gdy w biurze szkoły jazdy z Poznania odezwał się telefon. Jak się okazało, dzwonił Mieszko. Był to kursant, który tego dnia przystąpił do egzaminu praktycznego na kategorię B.
— Panie Cezary — rzekł chłopak — właśnie zdałem za pierwszym podejściem!
— Gratulacje! — Ucieszył się mężczyzna.
— Teraz jadę z ojcem kupić używaną furę, a potem zawiozę rodzinkę na wesele mojej siorki…
— Gdy wrócisz z wesela — ciągnął szef OSK — podjedź pod naszą szkołę swoim nowym samochodem, abyśmy mogli się nacieszyć z tobą…
— Ok, jak wrócę z zabawy, podjadę furką…
Jakieś dwa tygodnie później pod biurem OSK stanęła taksówka. Wysiadł z niej Mieszko. Gdy chłopak przekroczył progi sekretariatu, był blady jak śnieg.

Niekiedy kurs na kategorię T w szkole jazdy to przepustka do lepszego życia. Tak było w przypadku Marcina, który pochodził z prowincji. Mieszkał na wsi położonej na północ od Poznania i od wczesnego dzieciństwa przywykł do ciężkiej pracy. Jego rodzice z dziada pradziada prowadzili gospodarstwo rolne. Chociaż, jak na dzisiejsze uwarunkowania, było ono niewielkie, bo liczące zaledwie 50 hektarów, to dla małego chłopca okazało się prawdziwą szkołą życia.
I tak Marcin już jako mały brzdąc uczył się prowadzić traktor, siedząc na kolanach ojca czy dziadka. Oprócz tego pomagał w chowie zwierząt oraz wylewał ostatnie poty w czasie prac gospodarskich. Życie sprawiło, że już w wieku siedmiu lat samodzielnie prowadził ciągnik, oczywiście pod czujnym okiem dorosłych. A gdy kilka lat później świetnie radził sobie za kółkiem, dziadek stwierdził, że umiejętność jazdy wyssał z mlekiem matki.